Fire in the hole!

2013-05-22 22.33.08Cuda się w Polsce dzieją. Nie dość, że coraz więcej ludzi, którzy piwo kochają, bierze się za jego tworzenie (i świetnie im to wychodzi!), to na dodatek nie konkurują ślepo ze sobą tylko przy okazji choćby urodzin wchodzą w kolaborację i tworzą kolejne cudeńka.

I tak właśnie pierwszoroczniaki Pinta i AleBrowar zainspirowane Piwoteką  postanowiły razem coś uwarzyć. Jedni sypnęli chmielem, drudzy wymieszali i w ten oto sposób zostałem zbombardowany piwem B-Day z rodzaju Weizen IPA.

Ale że jak?! Weizen… IPA… No way! Dwa gatunki, które ubóstwiam w jednej… butlece?! Wow. Naprawdę wow! Bo to smaczne jest. Choć powiem tak: jedna butelka to za mało. I drugi kufel w pubie również. Za mało i basta! Potrzebuję tego więcej żeby się wsmakować, żeby to wyeksplorować do najmniejszej jednostki! Bo, na chwilę obecną wiem tylko tyle, że mi bardzo smakuje taka mieszanka.

Chciałbym napisać, że to piwo trafia do mojego stałego repertuaru, ale wiem, że tak się stać nie może. Jako piwo okolicznościowe, pewnie zniknie szybko i nieprędko wróci. Pozostaje mi zgłębiać temat mariażu IPY i weizena – być może są inne równie dobre przypadki tej mieszanki smakowej.

A poza tym to w temacie browarów rzemieślniczych ostatnio tyle się dzieje, że tylko zacierać ręce (i płukać gardła). Jak mi mój słomiany zapał znów nie zgaśnie zaraz potym jak zapłonął, to postaram się coś skrobnąć na ten temat.

A na koniec wklejam jeszcze rewers etykiety, bo też zacny! :)

2013-05-22 22.39.29

Biegnij lesie, biegnij!

forrest-gump-1Prawdziwy rekord. Prawie 3 miesiące bez wpisu. No cóż. To tylko potrwierdza fakt, że do pisania stworzony nie zostałem.

A w sumie, jakbym się zebrał, to byłoby o czym pisać, bo kilka dobrych piw mi przez gardło przeleciało (mimo, iż wciąż jest ono przygodą, a nie regułą).

Ale w tym wpisie nie o tym, ciekawsze rzeczy się (w mojej głowie) podziały. Biegać zacząłem – i to tak regularnie, że raz lub dwa razy na tydzień przebieram nogami. I przyznam nieskromnie, że sam siebie podziwiam, bo mnie to szczególnie nie bawi i tylko utwierdza w tym, co wiedziałem już dawno – bieganie to jeden z najnudniejszych sportów do uprawiania (swoją drogą: ‚uprawianie’ sportu – polski język jest świetny. Można uprawiać grządkę, ale i sport :D). Co zatem sprawia, że już 3 miesiące się w to ‚bawię’? Sam nie wiem… Na pewno ważne jest to, że dzięki temu człapaniu udało się szybko uporać ze zbędnymi komórkami w moim ciele (jeszcze nie wszystkimi). Ale – mimo tej ogarniającej nudy bijącej z każdego wykonanego kroku – jest coś co – można powiedzieć – kręci mnie w tym sporcie, mianowicie walka z samym sobą. Wielu już pewnie mówiło, a ja tylko powtórzę, że bieg (przynajmniej) w połowie odbywa się w głowie. I jakkolwiek płytko, prosto, whotever to brzmi to jest to prawda. Cała zabawa polega na skupieniu, wyczuciu rytmu, stabilizowaniu oddechu, walki z kaprysami ciała (ból mięśni, pot, zadyszka, kolka itd. itd.), ale przede wszystkim mówieniu sobie w głowie: ‚jedziesz malina! Twoje dupsko chce już usiąść, ale co będziemy słuchać dupska!’.

No… i to jest fajne :) A jeszcze fajniejsze było wystartowanie w zawodach (duże słowo, ledwo dyszka na Interrunie). I nie chodzi mi tu o współzawodnictwo, bo tym bardziej powinienem się dobić niż pocieszyć, chodzi o klimat. O ludzi, którzy stoją po bokach i dopingują, przybijają piątki, walą w bębny. I jak to słyszysz to dostajesz kopa jak zastrzyk z adrenaliny – jest moc.

A po godzinnym bieganiu nie ma człowiek wyrzutów żeby wciągnąć jedno smaczne piwko na dobranoc, w końcu należy się! :E

Jestę chlebę

jeste-chlebePonad miesiąc jak z biczy strzelił i ani pół posta się nie pojawiło. Czyli u mnie po staremu – choć nie do końca. Piwo pijam sporadycznie, jeśli już to towarzysko. Zdarzyło mi się przez ten czas nawet kilku fajnych piw w Strefie Piwa zasmakować (w tym ustrzelić Corsendonka, piwo, które odkryło przede mną nowy wymiar smaku złocistego trunku – ale o tym pewnie kiedyś w osobnym wątku), ale żadnego nie uwieczniłem i żadne z nich jakoś mnie nie poruszyło do tego stopnia, by siąść i spisać na świeżo emocje.

Częściej teraz zdarza mi się moczyć wargi w winie, zwłaszcza białym, głównie wytrawnym. To też jest ciekawy świat smaków i aromatów, ale mam wrażenie, że o winie mam tak małe pojęcie, że obrazą byłoby pisać przeze mnie o nim cokolwiek. Choć jakaś fotorelacja by się przydała, bo pamięci do tych wszystkich nazw, szczepów itd. nie mam.

Napisać jednak chciałem o ciele bardziej stałym, praojcu jedzenia wszelkiego, symbolu, wreszcie geniuszu prostoty i siły tradycji – czyli o chlebie. Kila tygodni temu postanowiłem: upiekę chleb. Mało chleb. Na zakwasie chleb. Jak pomyślałem tak zrobiłem i do dziś nie kupiłem chleba, tylko piekę, piekę, piekę. Jestem na samym początku drogi do wiedzy absolutnej, którą posiedli najwięksi piekarze świata i nie czaruję się, że dojdę nawet do połowy tej drogi. Jednkaże sam proces jest – dla mnie – niezwykle pasjonujący i  po ludzku mnie po prostu cieszy. Z jednej strony dlatego, że taki chleb, uczciwie zrobiony w warunkach domowych, bez oszukanych składników, jest po prostu smaczny. Z drugiej, to niesamowita radość wyciągać taki pachnący, rumiany, gorący bochenek. Z trzeciej – fascynujące jest, że z tak prostych składników można wydobyć tyle smaków. Jest to też moja prywatna podróż w dzieciństwo (OH MY GOD), które świetnie pamięta się zapachami, a moje właśnie przepełnione jest między innymi zapachem domowego chleba pieczonego przez ciocię.

Wielokrotnie myślałem sobie, jaka to szkoda, że już się w domu nie piecze chleba, nie ma pieców, nie ma czasu itd. itd. Wystarczy jednak odrobina chęci, by te stare dobre smaki sobie przywołać – na dłużej.

Co tu dużo mówić, jeśli kiedyś będzie dane mi zamieszkać na własnym skrawku ziemi, chata, którą tam zbudujemy nie musi być cudem architektonicznym świata, ale bardzo chciałbym tam mieć piwniczkę ze stołem, piecem opalanym węglem drzewnym i zapasem dobrych trunków. Pomarzyć można… :)

Żywot człowieka głodującego

so-you-re-telling-meW notkach nastała cisza. Tym razem nie jest ona spowodowana nieposkromioną prokrastynacją.

Od kilku miesięcy przyglądałem się bacznie swojej fizjonomi, która – co tu dużo mówić – wystrzeliła na różne strony tkanką niekoniecznie pożądaną. W kwestii mojej diety w latach ostatnich specjalnie nic się nie zmieniło. Nie odżywiałem się źle, ani przesadnie dobrze. Można powiedzieć, że jak na dorosłego mężczyznę jem raczej mniej niż więcej. A mimo to mnie przybywało.

W kwestii aktywności fizyczniej też raczej od wielu lat bez zmian. Praca, którą obecnie wykonuję, jest z rodzaju tych siedzących, ale regularnie kopię napompowany kawałek (kiedyś) świńskiej skóry i nie obrażam się na inne okazje do poruszania.

A mimo to spuchłem.

Wniosek urodził się w mej głowie następujący: młodzieńczy metabolizm odszedł w niepamięć, także trzeba przemyśleć na nowo swoją dietę.

Zacząłem radykalnie, bo i cel ambitny – pozbyć się opuchlizny. Także wszelkie puste kalorie wyleciały z hukiem ze stałego menu. Piwu niestety też się oberwało.

Stąd ta cisza. Złocistego trunku nie wyeliminowałem całkowicie, ale drastycznie ograniczyłem jego spożycie. Także w najbliższych tygodniach (miesiącach), będzie tu raczej hulał wiatr (co właściwie jest bez znaczenia, bo i tak jedynym odbiorcą jestem ja).

Jednakże w lodówce chłodzą się już nowe ciekawe etykiety – tym razem solidna dostawa z Anglii (thanks K.). Liczę zatem, że – być może z mniejszą częstotliwością – ale mimo wciąż, jakieś noty tu powpadają.

A od trzech tygodni jestem permanentnie głodny. Żołądku – kurcz się, ju sanofdebicz!

Manufaktura mnie Pilsem poczęstowała

No cóż… nie zawsze musi być rewelacyjnie. Ale tragedii też nie ma, żeby nie było. Ot, kolejne piwo, kóre wypadało spróbować – nowinka – rzekła pani Maria, tym bardziej nie pasowało odmówić. Nawet sama ich strona potwierdza, że piwko nówka-nie-śmigane, bo na dzień dzisiejszy nie można go znaleźć w ich ofercie. Za co minus. Jak się ma stronę to się o nią dba (takie zboczenie zawodowe).

Strona mnie też oświeciła, że od tego producenta już piwa próbowałem. I w sumie doznania były podobne. Piwa te nie zagościły na stałe w moim repertuarze (np. Piwo Trzy Zboża czy Belfast).

Piwo uczciwe w smaku i recepturze, ale takie po prostu takie ‚o’, że nawet nie wiem co napisać (ponoć smak dla wielbicieli dawnego piwa – ale co to jest dawne piwo?). Niby gorzkie, bo mocno chmielone, ale trochę kwaskowate. Bardziej mnie smakowo irytuje niż zadowala (nie wierzę, że coś takiego napisałem). Co do samej etykiety to urzekł mnie opis: „(…) świetnie pasuje do potraw z grilla, jak również pieczonych mięs.” Także tego. Piwo i grill – no w życiu bym tego nie połączył. A samego opisu nie powstydziłoby się niejedno wino 😀

 

 

 

 

IPA pana Pelikana

Jako, że wciąż tkwię w zachwycie nad smakiem piwa spod znaku trzech liter I, P oraz A, to, kiedy mam tylko okazję staram się zakupić piwa spod tej bandery, których jeszcze nie smakowałem. I tak, do mojej standardowej formułki u Marii ‚i jeszcze dwie niemieckie pszenice’ dodałem kolejną: ‚i jeszcze jakieś dwie ipy…’. Takim sposobem wpadł w me ręce niebieski Nomad Pelikan, twór czeskich rąk, konkretnie rąk pracujących w Břevnovský klášterní pivovar sv. Vojtěcha. I to właściwie wszystko, co udało mi się znaleźć w sieci, autorzy piwa jakoś niespecjalnie chcą się chwalić swoim dziełem on-line. Inna sprawa, że jakoś intensywnie sieci pod kątem tej etykiety nie eksplorowałem, ale z reguły wpisanie nazwy piwka od razu daje jakieś w miarę konkretne wyniki.

Co do samego piwka, spoko IPA, jak dla mnie zbyt poszła w gorzkość, gubiąc swoje inne walory. Ale, póki co, jest to reguła wśród czesko-słowackich piw tego typu (kilka już piłem, ale oczywiście jeszcze wrażeń nie opisałem). Być może intencją twórców było pójście w goryczkę, bo nawet chwalą się na etykiecie indeksem gorzkości wyliczonym na 100 IBU.

Podsumowując, cieszę się, że spróbowałem, ale do mojego must-drink-from-time-to-time to piwo nie wskakuje. Jednakże jak ktoś mnie będzie częstował to nie odmówię 😀

I na koniec perełka: Comic Sans na etykiecie made my day (a raczej już night) :E

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwartalny rachunek sumienia – czyli jak z tą kozą było

Jak widać, na załączonej rycinie, z koziej dupy jednak (swego rodzaju) trąbkę idzie zrobić, co niestety nie potwierdza, że ze mnie bloger jest.

Tylko we wrześniu udało mi się utrzymać założony cel 1 post na tydzień (upraszczając, że miesiąc tygodnie ma 4). W październiku jeszcze się jakoś broniłem, listopad to już totalna klęska. Pozostaje jeszcze powalczyć w grudniu.

Zdecydowanie więcej spożywanych piw fotografuję (mocne słowo, strzelam focie komórką jest bardziej adekwatne…), tylko problem jest taki, że po tygodniu nie pamiętam, jakie emocje wypite piwo we mnie wzbudziło. Idealnie byłoby po każdej degustacji od razu siadać do klepania literek (i tak było w większości opisanych do tej pory przypadków), ale nie zawsze jest czas, energia, ochota.

No cóż, póki co się nie poddaję. w końcu dziś już popełniam 3 post!

 

 

 

 

 

 

 

Fuller’s – IPA z Sèvres

Jeśli w Sèvres miałby się znaleźć wzór IPY, to zdecydowanie powinna tam stanąć butelczyna od Fuller’s-a. Nie uważam się za specjalistę od tego rodzaju piwa, sądzę, że na razie jestem na etapie nauki połączonej z ogromną fascynacją. Jednakże, gdy pierwszy raz sięgnąłem po IPĘ (paradoksalnie sięgałem z dużym oporem, bo 10 zeta za butelkę piwa w Almie potrafi zniechęcić) spod bandery Fullersa poczułem się właśnie tak, jakbym pił wzór IPY. „Oto jest IPA”. Nie oznacza to jednak, że jest to najlepsza IPA jaką piłem ever. Nie, wciąż Jack jest u mnie numero uno. Ta IPA po prostu była taka, jaka ma być (tak jakbym wiedział jaka ma być…). Bardzo dobra, solidnie gorzka, konkretna, ale … trochę nudna i przewidywalna. Oczywiście nie miałbym nic przeciwko żebyśmy się z Fullersem mogli regularnie nudzić, póki co cena zdecydowanie odstrasza i daję się złamać tylko wtedy, gdy potrzebuję bardzo IPY, a zapasy dawno się skończyły.

Obo(a)lon

Obolonik to zdecydowanie jedno z moich ulubionych pszeniczniaków. Pierwszy raz, jak zakupiłem to piwo, nie miałem nawet pojęcia jak je wymówić, bo polskiej etykiety wtedy nie posiadało, a ja cyrylicy w ogóle nie dekoduję. Ponownie, gdy chciałem zakupić – znane mi już wtedy – piwo, to prosiłem o „takie pszeniczne, w zielonej butelce, pisane cyrilicą, zaczyna się na O”. „Obolon raz, coś jeszcze?” odpowiedział z pogardą sprzedawca u Marii, człowiek, którego jeszcze nigdy nie widziałem szczerze uśmiechniętego (pomijam ironiczne uśmieszki), ale ma mój szacun za wiedzę z zakresu alkoholi wszelakich (z resztą, jesli wierzyć ich reklamie, to siedzi w tym biznesie odkąd komuna sobie poszła i można było takie biznesy kręcić legalnie. A znając życie siedzi w nim jeszcze dłużej). Tamto wydarzenie wyryło mi głęboką bruzdą w mózgu nazwę tego piwa, i dobrze, bo sięgam po niego regularnie.

A co do samego piwa, jest to bardzo dobre, nieoszukane pszeniczne, może nie wyróżnia się na tle niemieckich wymiataczy, ale bardzo przypadł mi do gustu jego zbalansowany smak, trochę kwaskowatości, trochę słodyczy. Jest w sam raz. I w sumie jego poprawna wymowa to Obołoń – jak miasto na Ukrainie, ale nawet na oficjalnej stronie polskiego importera piszą raz tak – raz tak.

 

 

Nagły atak chmielacza

Raz na jakiś czas mam okazję wybrać się na popijanie piwka w doborowym towarzystwie moich dobrych znajomych. Głownie chodzi o to, żeby pogadać o tym i o tamtym, a przy okazji powlewać w siebie jakieś fajne – najlepiej nieznane do tej pory – złociste trunki. Mamy tę wygodę w Krakowie, że knajp z dużym lub wręcz ogromnym wyborem dobrych, niszowych piw – zarówno polskich jak i zagranicznych – jest całkiem sporo i wciąż ich przybywa. Może kiedyś pokuszę się o ich opisanie.

Na jednej z takich posiadówek, bedąc już – co ważne dla całej opowieści – po trzech piwach zdecydowaliśmy się sięgnąć po zaanonsowanego grafiką Mikkellera 1000 IBU. Nie był to kompletnie ślepy strzał, bo dzień przed wypadem na miasto facebookowy profil pubu, do którego zawitaliśmy, wrzucił opis tego piwa i – przyznam – bardzo mnie zaintrygował. Okazuje się bowiem, że jest to jedno z najbardziej gorzkich piw na świecie. 1000 IBU odnosi się do skali gorzkości (International Bittering Unit – Międzynarodowa Jednostka Gorzkości :E). Co lepsze, wg internetu (a ja internetowi bardzo ufam :D) granica, po przekroczeniu której człowiekowi wydaje się być wszystko tak samo gorzkie (bardzo gorzkie) to 120! Wartość ta (1000) została wyznaczona eksperymentalnie. Dla porównania, klasyczna IPA ma 40 lub więcej w skali IBU. Istotną informacją jest jeszcze fakt, że piwo to ma 9,8% zawartości alkoholu – takie lekkie wino :E

Zamówiliśmy (byliśmy we dwóch) oczywiście po dużym (0,5 litra) piwie, no bo jak to małe, a i po trzech piwach odwaga była na należytym poziomie. Pierwsze łyki – bardzo pozytywne, faktycznie mocny, gorzki smak, ale, że obaj takie piwa lubimy, to wszystko było jak należy. Wesoło zrobiło się za to gdzieś w połowie kufla. Autentycznie czułem jak to piwo zaczyna mnie rozmontowywać. Zawartość alkoholu i wczesniejsze piwa robiły swoje, na skroni pojawiła się rosa, język zaczął się łamać. Chęć całkowitego opróżnienia kufla walczyła z resztkami zanikającego rozsądku.

Piwo wypiliśmy, mało tego, wzieliśmy jeszcze jakiegoś czeskiego lajtowego lagera (z wiadomych przyczyn nie pamiętam jakiego ;]), żeby uspokoić kubki smakowe. Normalnie pewnie bym się nim zachwycił, po wcześniejszym ekstremalnym doznaniu smakowym jednak stwierdziliśmy, że smakuje jak woda, która conajwyżej stała obok chmielu. Na koniec, całkiem dobrze rozmontowani, postanowiliśmy zakończyć posiadówę.

Epilog hostorii jest zaskakująco pozytywny. Po takiej mieszance piwnych gatunków sądziłem, że poranna pobudka lekka nie będzie, było zupełnie inaczej. Oczywiście „zmęczenie dnia następnego” lub tzw. „delikatnienie” występowało, ale bez żadnych obciążeń natury fizicznej.

Podsumowując, ja temu piwu nie mówię NIE, chętnie go kiedyś jeszcze spróbuję, tym razem jako pierwsze w kolejce ;]. Zaliczam go raczej do pojechanych eksperymentów piwnych niż propozycji na wieczorny chill.