Tyskie klasyczne czyli przyznajemy, że nasze pozostałe piwa to rzadka kupa

 Jak sięgałem po to piwo w sklepie to jakoś już czułem podskórnie, że szału nie będzie i dupska nie urwie. Z rezerwą podchodzę do rozpaczliwych prób naszej polskiej trójcy koncernowej do zaistnienia (prócz przejęć sprawdzonych marek) na nowym rynku piw pijalnych, który to wciął się – w niezmącony do tej pory dobrym smakiem – tort polskiego rynku piwnego. Jedyne, co mi się w tym piwie podoba, to bijąca z niego szczerość producenta krzyczącego: uwaga! zrobiliśmy nieoszukane piwo! (czytaj: reszta to woda z proszkiem do pieczenia + szczypta aromatu identycznego z naturalnym).

Pierwszy łyk – i wszystko było jasne. Same old story, ale (mam nadzieję, że to prawda) uczciwie zrobione ze składników, z których piwo powinno się robić. Dobre dla biednego hipstera na próbę podtrzymania lansu (choć taki Goldbrayner byłby turbo-hipsterski, a taniutki). Ja sięgnę tylko, gdy to będzie najlepsza opcja w lodówce, gdzieś, gdzie piwo spełnia funkcję herbaty.