Ministerstwo Chmielu

2013-05-09 23.06.50Pogoda w Polsce tej wiosny specjalnie nas nie rozpieszcza. Właściwie to dramatu nie ma, ale – jak to zwykle – leje wtedy kiedy nie powinno, a jak człowiek siedzi za biurkiem to ładuje pełnym słońcem. A teraz to nawet w tygodniu słońcem nie częstuje, ale – zwróćmy pogodzie prawdę – o tej porze roku bardzo często tak lało, leje i lać będzie (w naszej szerokości i długości geograficznej przynajmniej).

Podobnie było z tegoroczną majówką (ekstremalnie długą), zamiast majowego ciepełka, było zimno i mokro – standard. W związku z takim obrotem spraw zrezygnowaliśmy z jakichś większych wojaży i podjęliśmy dość – na pierwszy rzut oka – absurdalną decyzję: jedziemy do Poznania!

Pomysł okazał się nie taki głupi, bo: Poznania nigdy nie widzieliśmy, nie zanosiło się, żebyśmy w najbliższym czasie tam zawitali, w wakacje szkoda czasu na takie eventy. Poznań okazał się całkiem symatycznym miastem, które jednak idzie złazić w dwa dni, więc decyzja o spontan tripie tym bardziej okazała się strzałem w dychę.

Co więcej, trochę niespodziewanie dla mnie, wyprawa okazała się bogata w nowe piwne odkrycia. Po pierwsze: Poznań bardzo mocno browarami rzemieślniczymi stoi! I chwała mu za to. Co więcej, mają swoje Ministerstwo Browaru :) Miejsce, na mapie piwnej Poznania, kultowe. Początkowo sklep z piwem (coś jak nasza krakowska Maria), następnie pub i własna marka piwa: Minister.

Aż marka i tylko marka, bo jak się trochę później dowiedziałem, chodzi tylko o etykietę, nie stoi za tym własna rzemieślnicza praca. Piwo warzone jest w browarze Gościszewo, które wydaje światu takie piwa jak Naturalne czy Pils, a także służy AleBrowarowi za miejsce swoich piwnych eksperymentów.

Spróbowałem Ministra Ale (na zdjęciu), Pils (który chyba jest dokładnie tym samym co Pils lany w Gościszewie) i Pszeniczne. Wszystkie mi zasmakowały, nie wiem ile w tym było ekscytacji odkryciem, a ile faktycznego zachwytu smakiem, ale złego słowa powiedzieć nie mogę. Na pewno łba nie urywało, ale takimi piwami nigdy nie wzgardzę, a chwytliwa nazwa, fajna etykieta i historia związana z piwem tylko dodaje uroku.

Ministra polecam wszystkim, tak samo jak podróż piwnym poznańskim szlakiem, bo na Ministrze historia poznańskich odkryć się nie kończy. O czym być może wkrótce…

Manufaktura mnie Pilsem poczęstowała

No cóż… nie zawsze musi być rewelacyjnie. Ale tragedii też nie ma, żeby nie było. Ot, kolejne piwo, kóre wypadało spróbować – nowinka – rzekła pani Maria, tym bardziej nie pasowało odmówić. Nawet sama ich strona potwierdza, że piwko nówka-nie-śmigane, bo na dzień dzisiejszy nie można go znaleźć w ich ofercie. Za co minus. Jak się ma stronę to się o nią dba (takie zboczenie zawodowe).

Strona mnie też oświeciła, że od tego producenta już piwa próbowałem. I w sumie doznania były podobne. Piwa te nie zagościły na stałe w moim repertuarze (np. Piwo Trzy Zboża czy Belfast).

Piwo uczciwe w smaku i recepturze, ale takie po prostu takie ‚o’, że nawet nie wiem co napisać (ponoć smak dla wielbicieli dawnego piwa – ale co to jest dawne piwo?). Niby gorzkie, bo mocno chmielone, ale trochę kwaskowate. Bardziej mnie smakowo irytuje niż zadowala (nie wierzę, że coś takiego napisałem). Co do samej etykiety to urzekł mnie opis: „(…) świetnie pasuje do potraw z grilla, jak również pieczonych mięs.” Także tego. Piwo i grill – no w życiu bym tego nie połączył. A samego opisu nie powstydziłoby się niejedno wino 😀

 

 

 

 

A to Lwówek właśnie!

 Lwówek Książęcy jest jak stary dobry kumpel. Czasem zapomnisz jak to jest, siedzieć z nim, gadać o dupie marynie. Nie widzicie się pół roku i nagle – BĘC – przecież tyle się nie widzieliśmy! Trzeba koniecznie się spotkać! Nie musisz całemu światu ogłaszać jaki Twój kumpel jest zajebisty – Ty to wiesz i to jest najważniejsze. Rozumiecie się bez słów, jedno spojrzenie – wszystko jasne. Czasem dajesz się oczarować nietuzinkowym osobowościom, ale po chwili okazje się, że to tylko zauroczenie. Czasem znajdujesz nić porozumienia, o której tylko mogłeś pomarzyć, ale – no właśnie: ALE, w pewnym momencie nić się urywa… A Lwówek jest zawsze na swoim miejscu, nie narzuca się, czeka, wie, że zawsze przyjdzie czas by znów się spotkać, pogadać o starych i nowych sprawach… bo to Lwówek własnie!

Gra o Hron

 Na to piwo trafiłem zupełnie przypadkowo i – gdyby nie ten przypadk – prawdopodobnie jeszcze długo nie miałbym pojęcia o jego istnieniu. Otóż pewnego dnia, nie różniącego się od innych dni specjalnie niczym, wbiłem do osiedlowego spożywczaka celem kupienia podstawowych produktów spożywczych. Z reguły nie zawracam sobie zbytnio głowy tamtejszą piwną wystawką, bo trzyma ona ogólny osiedlowy poziom (choć można tam też trafić jakieś piwa ‚lepsze’, ale ogólnie bez szału). Jednakże, zmierzając ku, bodajże, serom, zobaczyłem piramidę skrzynek z piwami i klasyczną spożywczakową marketingową ulotką reklamową (made by ms word + kolorowy papier) krzyczącą: „czeskie piwo 1,79 zł”. Hmm… pomyślałem… raz się żyje – pomyślałem ponownie (YOLO – pomyślał wbudowany w moją głowę real-world-to-meme-converter). Dodam tylko, że był to weizen… Weizen – 1,79 – weizen – 1,79 – W H A T  T H E  FUCK? Ale ok, spieszyło mi się chyba, bo nawet nie zbadałem etykiety, tylko zgarnąłem piwo do koszyka i kontynułowałem zakupy. Kilka wieczorów później nadszedł czas, by stawić czoła wyzwaniu, piwo wziąłem na piewszy ogień, na wszelki wypadek, jakby miało się okazać, że przeleje je do zlewu i radośnie napocznę coś sprawdzonego. Pierwszy łyk – i – niespodzianka. Nie był to co prawda najlepszy pszeniczniak w moim życiu, nie był nawet tym drugim lub trzecim najlepszym z kolei, ale – może to poniekąd efekt negatywnego nastawienia – piwo było smaczne. Na pewno lepsze niż niektóre polskie podrygi w temacie weizena. Szybki look na etykietę…. i kolejny szok: browar Primator. Nooooo, Primatora to ja bardzo szanuję, zwłaszcza waizena, tylko skąd ta cena? Spadły z tira? Nie wiem, nie chcę wiedzieć, ale takich promocji oby więcej. Udało mi się zakupić jeszcze jedną butelkę ‚na promocji’, po czym ślad po piwie w lokalnym sklepie zaginął. Pozostaje wyryć sobie tylko tę nazwę w głowie i przy najbliższym spotkaniu z tą etykietą specjalnie się nie zatanawiać (chyba, że obok będzie stała cała bateria niemieckich weizenów – wtedy, sorry, ale na niemieckiego weizena nie ma bata :D).

Klasztorna IPA w sporej butleczynie

Przyznam szczerze, że nawet nie planowałem zakupu tego piwa. Co więcej, nie wiedziałem o jego istnieniu. Historia zaczyna się w krakowskim sklepie Maria (stronka właściwie dotyczy alkoholi mocniejszych, sprzedawanych na piętrze, ale adres ten sam), który jest moim najszerszym wciąż oknem na piwny świat. Sklep ten jest kultowy i można by mu śmiało pośwęcić osobny wpis, ale nie o tym miałem. Do sklepu zaszedłem by uzupełnić zapas piwa i – tradycyjnie – obczaić coś nowego. Jednak w kwestii IPA byłem raczej zdecydowany i jechałem po Rowing Jacka. Na miejscu okazało się, że niestety wyszedł, więc wystrzeliłem ‚to poproszę jakeś dwie IPY’. No i wśród nich był Břevnovský Benedict Speciální Polotmavý IPA 15% (chyba tak brzmi pełna nazwa, w sieci mało info o tym piwie). Cóż rzec, przyzwoita IPA, ale trochę zbyt ciężka w smaku. No i rozmiar tej butelczyny… Jednak tak treściwe piwo lepiej sobie dawkować w mniejszych porcjach, a ja pochłonąłem zawartość za jednym posiedzieniem (niby korek jest i można by zostawić ‚na później’, ale jakoś trzymam się zasady, że piwo raz otwarte powinno być raz wypite ;]). Jednakże – żeby nie było – smakowało mi, ale następną taką porcję przeznaczę raczej na towarzyskie cele.

Wiosłujący Jacek Placek

Wpis pierwszy będzie o piwie, które obecnie jest w moim prywatnym top 5. Piwo, które z dumą produkuje browar kontraktowy AleBrowar po prostu pozamiatało na polskim rynku. Inna sprawa, że jest ono typu IPA, w któym ostatnio posmakowałem, a które nie wszystkim przypada do gustu ze względu na dość srogą goryczkę zafundowaną przez sowitą dawkę chmielu. Swoją drogą historia powstania India Pale Ale miażdzy system i takie smaczki tylko dodają zacności temu trunkowi.

Podsumowując, solidna dawka pysznej goryczki, piwo, które można naprawdę degustować, nie polecam do zaspokajania pragnienia, bo nie o to w nim chodzi :)