Nie bądź taki Hop

2014-07-09 22.08.31AleBrowar jako kolejny postanowił wypuścić piwo zbudowane wyłącznie na polskim chmielu – jednym chmielu. Już wyrażałem swoje zachwyty wobec takiej idei przy okazji PLONa, pierwszego chyba w Polsce piwa (przynajmniej nowej fali) uwarzonego wg tej idei.

Im więcej jednak piw przez gardło me się przelało, tym ekscytacja coraz mniejsza. Prawda jest taka, że te nasze polskie chmiele to jakimś turbo aromatem nie powalają. I Hop Sasa (bo tak nazywa się ten single hop AleBrowaru) utwierdza mnie w tej opinii. Jest to piwo smaczne, owszem, ale trochę płaskie w smaku – daleko mu do rasowych piw spod bandery IPA (a za taką to piwo się ma: Polish IPA).

Piwa takie traktuję coraz bardziej jako ciekawostkę i fajną ideę, coraz mniej jako obiekt pożądania dla kubków smakowych. Być może jest to kwestia utrwalenia chmielowych aromatów w piwie – gdzieś spotkałem się z opinią, że to piwo – na świeżo, z kranu – było super. W butelce natomiast rozczarowało.

Myślę, że jeśli mamy podkreślać polski akcent w temacie piw, to powinniśmy iść raczej w kierunku Grodziskiego – typowo polskiemu rodzajowi piwa, który bardzo dobrze nam wychodzi, świetnie smakuje, jest bardzo charakterystyczny i idealny na lato.

PL is ON!

2013-11-09 00.32.27I znów cisza zagościła na czas długi, i znów wiatr hula, a kurz na wpisach siada… Pozostaje pogodzić się z tym faktem i cieszyć się z każdego zrywu – choćby takiego jak ten ;]

Od ostatniego czasu wiele piw przez moje gardło się przelało, wiele odeszło w zapomnienie, równie dużo pozostawiło miłe wspomnienia. Mam wrażenie, choć to chyba nie tylko wrażenie a fakt, że w polskim browarnictwie dzieje się mnóstwo ostatnimi czasy. Na tyle mnóstwo, że przestałem ogarniać i coraz więcej perełek mi umyka. I dobrze! (Że tak dużo oczywiście się dzieje 😉 )

Jedną z takich perełek jest piwo, którym właśnie się raczę popełniając tę notkę. Także recenzja gorąca jak moje majtki po 10 kilometrach :E PLON – to dzieło browaru Kormoran, polska wariacja na temat IPY (yesyesyes!). Szczerze powiedziawszy, jeśli chodzi o walory smakowe, to mojego serca specjalnie nie podbija to piwo. Jest to bardzo delikatna IPA, z lekkim aromatem sam-nie-wiem-jakim, ale przyjemnym dla języka. Jednakże sięgając po IPĘ nie tego się z reguły spodziewam. Mniejsza z tym – dużo ciekawsze są okoliczności powstania samego piwa. Otóż, chmielone jest ono wyłącznie jedną odmianą chmielu, naszego polskiego, na polskiej ziemi uprawianego i tamże zebranego! 😀 Chmiel, jak twierdzi producent, został posadzony (posiany? – nie wiem :E) jako odzew na straty polskich plantatorów chmielu spowodowane powodzią. Przy okazji Kormoran ogarnął swoją małą plantacyjkę i dwa lata później uwarzył to piwko :) Ważną (ponoć) informacją jest to, że piwo jest chmielone świeżymi, niesuszonymi szyszkami chmielu – może kiedyś będę wiedział co to daje, na razie wierzę na słowo etykiecie, że tym lepiej dla mnie ;]

Podsumowując – piwo poprawne, na pewno nie sięgnę po nie w sytuacji nagłej ochoty na konkret IPĘ, bo – jak dla mnie – jest zbyt delikatna. Domyślam się, że jest to efekt użycia tylko jednego chmielu, być może nie najintensywniejszego na świecie. Natomiast piję je ze smakiem i nie wykluczam ponownego zakosztowania, o ile Kromoran będzie kontynuował produkcję tegoż. Bardziej w tym piwie ujmuje mnie jego otoczka, historia. Podoba mi się to, że w Polsce powstają piwne projekty nie obliczone wyłącznie na zysk. Oby tak dalej, jak dla mnie Polska w temacie piwa jest zdecydowanie ON! :) (nie mylić z olejem napędowym :E)

Chmielem ich, mości panowie!

2013-08-09 00.06.46Dziś słów parę o piwie – klasyku, przynajmniej w moim małym piwnym mikrokosmosie. Choć powiedzieć klasyk o tym piwie to nie powiedzieć nic. Pinta – czyli browar, który warzy między innymi Atak Chmielu – to chyba pierwszy rzemieślniczy browar w Polsce z prawdziwego zdarzenia. A przynajmniej moja przygoda z polskimi piwami rzemieśliniczymi zaczęła się właśnie od Pinty – wtedy jeszcze z etykietą „made in MS Paint” (która z resztą miała swój urok).

Myślę, że nie skłamię jeśli powiem, że to właśnie Atak Chmielu otworzył mi oczy – a raczej kubki smakowe – na doznania piwne, o których wcześniej nie słyszałem. Wtedy – pijąc to piwo po raz pierwszy, drugi i pewnie i trzeci – nie miałem pojęcia jakiego jest ono gatunku, domyślałem się tylko, że musi być mocno chmielone (ciekawe czemu? ;]). Dopiero po jakimś czasie okazało się, że jest to .. no właśnie: IPA! A konkretnie AIPA, czyli American IPA.

Z piwami rzemieślniczymi jest jeszcze ta fajna sprawa, że jest robione w krótkich seriach. Chłopaki wynajmują na jakiś czas browar i tam warzą, warzą, warzą, aż nawarzą. Nie jest to jednak ciągła produkcja, więc warka warce nierówna. Czasem piwo wyjdzie lepsze, czasem ciut gorsze. I to naprawdę czuć. Jakiś czas temu, znając już dobrze Atak Chmielu, odkryłem Rowing Jacka – moją wielką piwną miłość. Wtedy Rowing był zdecydowanie lepszy od Ataku, więc w sumie zawsze miał u mnie pierwszeństwo i – wstyd przyznać – Atak poszedł trochę w odstawkę. Ostatnio jednak do sklepów trafiły nowe warki Ataku i Jacka, skusiłem się by zakupić po butelczynie każdej, i tym razem ten pierwszy zdecydowanie rozwala system.

Pozostaje się cieszyć, że w Polsce rynek piwny naprawdę świetnie się rozwija i jest w czym wybierać (nawet w moich okolicach całkiem niedawno powstał nowy browar rzemieślniczy!). A taka solidnie nachmielona IPA (czy tam AIPA) jest jak znalazł na upały, którymi ostatnio nas raczy pogoda (jedyne 37 stopni w dzień :|).

A tak wyglądała kiedyś etykieta Ataku 😀
Atak_Chmielu

Piwo grzechu warte

2013-06-18 23.25.20Muszę przyznać, że Dania coraz bardziej pozytywnie zaskakuje mnie jeśli chodzi o dobre piwo. Jeszcze parę miesięcy temu w ogóle nie kojarzyłem tego kraju z tematem złocistego trunku, a teraz – jeden browar w moim ścisłym top, drugi właśnie odkryłem – i znów pozytywne zaskoczenie.

A wyzwanie było nie lada, bo przyszło mi zgrzeszyć. I to zgrzeszyć z grubej rury, bo grzech z tych siedmiu głównych. Konkretnie obżarstwo. Trochę obżarstwo kłóci się tu z czynnością trochę inną, czyli piciem, ale – to piwo jest tak treściwe, że spokojnie można je podpiąć pod dobry posiłek!

Gluttony – bo tak nazywa się piwo, o którym piszę to Double IPA, czy – jak pisze o nim sam producent – Imperial IPA. Zawartość alkoholu jak w lekkim winie: 9,4%. Poziom goryczki na pewno blisko górnej granicy wyczuwalności. Czyli – jak dla mnie – pychota! 😀

Producentem jest – jak wspomniałem – duński browar o nazwie Amager Bryghus. Samo piwo jest częścią serii ‚The Sinner Series’, wg strony producenta wyszły dopiero 4 piwa z tej serii, ale chyba rzadko aktualizują swój site (ew. ja nie potrafiłem się tam odnaleźć, bo jest po duńsku :E), bo wg portalu Rate Beer, wszystkie grzechy główne zostały już popełnione. Chętnie bym pogrzeszył w przyszłości jeszcze, pytanie czy będzie mi to dane. Piwo drogą przypadku (‚ i jeszcze dwie IPY’) nabyłem u Marii i wdzięczny jej jestem za ten ślepy strzał.

Polecam fanom dobrego chmielowego uderzenia, a sam będę już świadomie szukał piw z marką Amager Bryghus na etykiecie.

Fire in the hole!

2013-05-22 22.33.08Cuda się w Polsce dzieją. Nie dość, że coraz więcej ludzi, którzy piwo kochają, bierze się za jego tworzenie (i świetnie im to wychodzi!), to na dodatek nie konkurują ślepo ze sobą tylko przy okazji choćby urodzin wchodzą w kolaborację i tworzą kolejne cudeńka.

I tak właśnie pierwszoroczniaki Pinta i AleBrowar zainspirowane Piwoteką  postanowiły razem coś uwarzyć. Jedni sypnęli chmielem, drudzy wymieszali i w ten oto sposób zostałem zbombardowany piwem B-Day z rodzaju Weizen IPA.

Ale że jak?! Weizen… IPA… No way! Dwa gatunki, które ubóstwiam w jednej… butlece?! Wow. Naprawdę wow! Bo to smaczne jest. Choć powiem tak: jedna butelka to za mało. I drugi kufel w pubie również. Za mało i basta! Potrzebuję tego więcej żeby się wsmakować, żeby to wyeksplorować do najmniejszej jednostki! Bo, na chwilę obecną wiem tylko tyle, że mi bardzo smakuje taka mieszanka.

Chciałbym napisać, że to piwo trafia do mojego stałego repertuaru, ale wiem, że tak się stać nie może. Jako piwo okolicznościowe, pewnie zniknie szybko i nieprędko wróci. Pozostaje mi zgłębiać temat mariażu IPY i weizena – być może są inne równie dobre przypadki tej mieszanki smakowej.

A poza tym to w temacie browarów rzemieślniczych ostatnio tyle się dzieje, że tylko zacierać ręce (i płukać gardła). Jak mi mój słomiany zapał znów nie zgaśnie zaraz potym jak zapłonął, to postaram się coś skrobnąć na ten temat.

A na koniec wklejam jeszcze rewers etykiety, bo też zacny! :)

2013-05-22 22.39.29

IPA pana Pelikana

Jako, że wciąż tkwię w zachwycie nad smakiem piwa spod znaku trzech liter I, P oraz A, to, kiedy mam tylko okazję staram się zakupić piwa spod tej bandery, których jeszcze nie smakowałem. I tak, do mojej standardowej formułki u Marii ‚i jeszcze dwie niemieckie pszenice’ dodałem kolejną: ‚i jeszcze jakieś dwie ipy…’. Takim sposobem wpadł w me ręce niebieski Nomad Pelikan, twór czeskich rąk, konkretnie rąk pracujących w Břevnovský klášterní pivovar sv. Vojtěcha. I to właściwie wszystko, co udało mi się znaleźć w sieci, autorzy piwa jakoś niespecjalnie chcą się chwalić swoim dziełem on-line. Inna sprawa, że jakoś intensywnie sieci pod kątem tej etykiety nie eksplorowałem, ale z reguły wpisanie nazwy piwka od razu daje jakieś w miarę konkretne wyniki.

Co do samego piwka, spoko IPA, jak dla mnie zbyt poszła w gorzkość, gubiąc swoje inne walory. Ale, póki co, jest to reguła wśród czesko-słowackich piw tego typu (kilka już piłem, ale oczywiście jeszcze wrażeń nie opisałem). Być może intencją twórców było pójście w goryczkę, bo nawet chwalą się na etykiecie indeksem gorzkości wyliczonym na 100 IBU.

Podsumowując, cieszę się, że spróbowałem, ale do mojego must-drink-from-time-to-time to piwo nie wskakuje. Jednakże jak ktoś mnie będzie częstował to nie odmówię 😀

I na koniec perełka: Comic Sans na etykiecie made my day (a raczej już night) :E

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Fuller’s – IPA z Sèvres

Jeśli w Sèvres miałby się znaleźć wzór IPY, to zdecydowanie powinna tam stanąć butelczyna od Fuller’s-a. Nie uważam się za specjalistę od tego rodzaju piwa, sądzę, że na razie jestem na etapie nauki połączonej z ogromną fascynacją. Jednakże, gdy pierwszy raz sięgnąłem po IPĘ (paradoksalnie sięgałem z dużym oporem, bo 10 zeta za butelkę piwa w Almie potrafi zniechęcić) spod bandery Fullersa poczułem się właśnie tak, jakbym pił wzór IPY. „Oto jest IPA”. Nie oznacza to jednak, że jest to najlepsza IPA jaką piłem ever. Nie, wciąż Jack jest u mnie numero uno. Ta IPA po prostu była taka, jaka ma być (tak jakbym wiedział jaka ma być…). Bardzo dobra, solidnie gorzka, konkretna, ale … trochę nudna i przewidywalna. Oczywiście nie miałbym nic przeciwko żebyśmy się z Fullersem mogli regularnie nudzić, póki co cena zdecydowanie odstrasza i daję się złamać tylko wtedy, gdy potrzebuję bardzo IPY, a zapasy dawno się skończyły.

Nagły atak chmielacza

Raz na jakiś czas mam okazję wybrać się na popijanie piwka w doborowym towarzystwie moich dobrych znajomych. Głownie chodzi o to, żeby pogadać o tym i o tamtym, a przy okazji powlewać w siebie jakieś fajne – najlepiej nieznane do tej pory – złociste trunki. Mamy tę wygodę w Krakowie, że knajp z dużym lub wręcz ogromnym wyborem dobrych, niszowych piw – zarówno polskich jak i zagranicznych – jest całkiem sporo i wciąż ich przybywa. Może kiedyś pokuszę się o ich opisanie.

Na jednej z takich posiadówek, bedąc już – co ważne dla całej opowieści – po trzech piwach zdecydowaliśmy się sięgnąć po zaanonsowanego grafiką Mikkellera 1000 IBU. Nie był to kompletnie ślepy strzał, bo dzień przed wypadem na miasto facebookowy profil pubu, do którego zawitaliśmy, wrzucił opis tego piwa i – przyznam – bardzo mnie zaintrygował. Okazuje się bowiem, że jest to jedno z najbardziej gorzkich piw na świecie. 1000 IBU odnosi się do skali gorzkości (International Bittering Unit – Międzynarodowa Jednostka Gorzkości :E). Co lepsze, wg internetu (a ja internetowi bardzo ufam :D) granica, po przekroczeniu której człowiekowi wydaje się być wszystko tak samo gorzkie (bardzo gorzkie) to 120! Wartość ta (1000) została wyznaczona eksperymentalnie. Dla porównania, klasyczna IPA ma 40 lub więcej w skali IBU. Istotną informacją jest jeszcze fakt, że piwo to ma 9,8% zawartości alkoholu – takie lekkie wino :E

Zamówiliśmy (byliśmy we dwóch) oczywiście po dużym (0,5 litra) piwie, no bo jak to małe, a i po trzech piwach odwaga była na należytym poziomie. Pierwsze łyki – bardzo pozytywne, faktycznie mocny, gorzki smak, ale, że obaj takie piwa lubimy, to wszystko było jak należy. Wesoło zrobiło się za to gdzieś w połowie kufla. Autentycznie czułem jak to piwo zaczyna mnie rozmontowywać. Zawartość alkoholu i wczesniejsze piwa robiły swoje, na skroni pojawiła się rosa, język zaczął się łamać. Chęć całkowitego opróżnienia kufla walczyła z resztkami zanikającego rozsądku.

Piwo wypiliśmy, mało tego, wzieliśmy jeszcze jakiegoś czeskiego lajtowego lagera (z wiadomych przyczyn nie pamiętam jakiego ;]), żeby uspokoić kubki smakowe. Normalnie pewnie bym się nim zachwycił, po wcześniejszym ekstremalnym doznaniu smakowym jednak stwierdziliśmy, że smakuje jak woda, która conajwyżej stała obok chmielu. Na koniec, całkiem dobrze rozmontowani, postanowiliśmy zakończyć posiadówę.

Epilog hostorii jest zaskakująco pozytywny. Po takiej mieszance piwnych gatunków sądziłem, że poranna pobudka lekka nie będzie, było zupełnie inaczej. Oczywiście „zmęczenie dnia następnego” lub tzw. „delikatnienie” występowało, ale bez żadnych obciążeń natury fizicznej.

Podsumowując, ja temu piwu nie mówię NIE, chętnie go kiedyś jeszcze spróbuję, tym razem jako pierwsze w kolejce ;]. Zaliczam go raczej do pojechanych eksperymentów piwnych niż propozycji na wieczorny chill.