Cisza w eterze

Coraz większe odstępy między wpisami. W sumie nic nowego, ale jednak. Moja eksploracja rynku piwnego musiała znacznie wyhamować ze względu na to konieczność wstrzymania się ze spożyciem alkoholi wszelakich. Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie jako smakujesz… czy jak to tam szło.

Staram się śledzić, co w piwach rzemieślniczych piszczy, ale jak nie można skosztować, to i chęci na wiedzę teoretyczną mniej. Odnoszę też wrażenie, że temat kraftu w Polsce przeszedł już jedną fazę. Etap zachwytu, zachłyśnięcia się, chłonięcia wszystkiego co nowe, inne, mające smak, pachnące chmielem powoli odchodzi. Teraz nadszedł czas na stabilizację, profesjonalizację. Ale też weryfikację które z inicjatyw okazały się być chwilowym zrywem, płynięciem na fali, a które większą przemyślaną strategią.

To, co cieszy, to sytuacja, w której coraz mniej jest miejsc, w których skazani jesteśmy tylko na jednego smutnego koncerniaka, a częściej mamy do wyboru jakieś mniej lub bardziej znane „niszowe” piwa. Koncerny stety – niestety, też bierne nie pozostały i wrzuciły do oferty piwa, które rzemieślnicze udają. Plus jest taki, że konsument, który i tak nigdy na krafta by się nie zdecydował, ma teraz do wyboru szerszą paletę smaków.

A póki co, odkryłem wciąż nie do końca zagospodarowaną niszę piw bezalkoholowych 😉 Ale o tym może innym razem…

Biegnij lesie, biegnij!

forrest-gump-1Prawdziwy rekord. Prawie 3 miesiące bez wpisu. No cóż. To tylko potrwierdza fakt, że do pisania stworzony nie zostałem.

A w sumie, jakbym się zebrał, to byłoby o czym pisać, bo kilka dobrych piw mi przez gardło przeleciało (mimo, iż wciąż jest ono przygodą, a nie regułą).

Ale w tym wpisie nie o tym, ciekawsze rzeczy się (w mojej głowie) podziały. Biegać zacząłem – i to tak regularnie, że raz lub dwa razy na tydzień przebieram nogami. I przyznam nieskromnie, że sam siebie podziwiam, bo mnie to szczególnie nie bawi i tylko utwierdza w tym, co wiedziałem już dawno – bieganie to jeden z najnudniejszych sportów do uprawiania (swoją drogą: ‚uprawianie’ sportu – polski język jest świetny. Można uprawiać grządkę, ale i sport :D). Co zatem sprawia, że już 3 miesiące się w to ‚bawię’? Sam nie wiem… Na pewno ważne jest to, że dzięki temu człapaniu udało się szybko uporać ze zbędnymi komórkami w moim ciele (jeszcze nie wszystkimi). Ale – mimo tej ogarniającej nudy bijącej z każdego wykonanego kroku – jest coś co – można powiedzieć – kręci mnie w tym sporcie, mianowicie walka z samym sobą. Wielu już pewnie mówiło, a ja tylko powtórzę, że bieg (przynajmniej) w połowie odbywa się w głowie. I jakkolwiek płytko, prosto, whotever to brzmi to jest to prawda. Cała zabawa polega na skupieniu, wyczuciu rytmu, stabilizowaniu oddechu, walki z kaprysami ciała (ból mięśni, pot, zadyszka, kolka itd. itd.), ale przede wszystkim mówieniu sobie w głowie: ‚jedziesz malina! Twoje dupsko chce już usiąść, ale co będziemy słuchać dupska!’.

No… i to jest fajne :) A jeszcze fajniejsze było wystartowanie w zawodach (duże słowo, ledwo dyszka na Interrunie). I nie chodzi mi tu o współzawodnictwo, bo tym bardziej powinienem się dobić niż pocieszyć, chodzi o klimat. O ludzi, którzy stoją po bokach i dopingują, przybijają piątki, walą w bębny. I jak to słyszysz to dostajesz kopa jak zastrzyk z adrenaliny – jest moc.

A po godzinnym bieganiu nie ma człowiek wyrzutów żeby wciągnąć jedno smaczne piwko na dobranoc, w końcu należy się! :E

Żywot człowieka głodującego

so-you-re-telling-meW notkach nastała cisza. Tym razem nie jest ona spowodowana nieposkromioną prokrastynacją.

Od kilku miesięcy przyglądałem się bacznie swojej fizjonomi, która – co tu dużo mówić – wystrzeliła na różne strony tkanką niekoniecznie pożądaną. W kwestii mojej diety w latach ostatnich specjalnie nic się nie zmieniło. Nie odżywiałem się źle, ani przesadnie dobrze. Można powiedzieć, że jak na dorosłego mężczyznę jem raczej mniej niż więcej. A mimo to mnie przybywało.

W kwestii aktywności fizyczniej też raczej od wielu lat bez zmian. Praca, którą obecnie wykonuję, jest z rodzaju tych siedzących, ale regularnie kopię napompowany kawałek (kiedyś) świńskiej skóry i nie obrażam się na inne okazje do poruszania.

A mimo to spuchłem.

Wniosek urodził się w mej głowie następujący: młodzieńczy metabolizm odszedł w niepamięć, także trzeba przemyśleć na nowo swoją dietę.

Zacząłem radykalnie, bo i cel ambitny – pozbyć się opuchlizny. Także wszelkie puste kalorie wyleciały z hukiem ze stałego menu. Piwu niestety też się oberwało.

Stąd ta cisza. Złocistego trunku nie wyeliminowałem całkowicie, ale drastycznie ograniczyłem jego spożycie. Także w najbliższych tygodniach (miesiącach), będzie tu raczej hulał wiatr (co właściwie jest bez znaczenia, bo i tak jedynym odbiorcą jestem ja).

Jednakże w lodówce chłodzą się już nowe ciekawe etykiety – tym razem solidna dostawa z Anglii (thanks K.). Liczę zatem, że – być może z mniejszą częstotliwością – ale mimo wciąż, jakieś noty tu powpadają.

A od trzech tygodni jestem permanentnie głodny. Żołądku – kurcz się, ju sanofdebicz!

Kwartalny rachunek sumienia – czyli jak z tą kozą było

Jak widać, na załączonej rycinie, z koziej dupy jednak (swego rodzaju) trąbkę idzie zrobić, co niestety nie potwierdza, że ze mnie bloger jest.

Tylko we wrześniu udało mi się utrzymać założony cel 1 post na tydzień (upraszczając, że miesiąc tygodnie ma 4). W październiku jeszcze się jakoś broniłem, listopad to już totalna klęska. Pozostaje jeszcze powalczyć w grudniu.

Zdecydowanie więcej spożywanych piw fotografuję (mocne słowo, strzelam focie komórką jest bardziej adekwatne…), tylko problem jest taki, że po tygodniu nie pamiętam, jakie emocje wypite piwo we mnie wzbudziło. Idealnie byłoby po każdej degustacji od razu siadać do klepania literek (i tak było w większości opisanych do tej pory przypadków), ale nie zawsze jest czas, energia, ochota.

No cóż, póki co się nie poddaję. w końcu dziś już popełniam 3 post!