Cisza w eterze

Coraz większe odstępy między wpisami. W sumie nic nowego, ale jednak. Moja eksploracja rynku piwnego musiała znacznie wyhamować ze względu na to konieczność wstrzymania się ze spożyciem alkoholi wszelakich. Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie jako smakujesz… czy jak to tam szło.

Staram się śledzić, co w piwach rzemieślniczych piszczy, ale jak nie można skosztować, to i chęci na wiedzę teoretyczną mniej. Odnoszę też wrażenie, że temat kraftu w Polsce przeszedł już jedną fazę. Etap zachwytu, zachłyśnięcia się, chłonięcia wszystkiego co nowe, inne, mające smak, pachnące chmielem powoli odchodzi. Teraz nadszedł czas na stabilizację, profesjonalizację. Ale też weryfikację które z inicjatyw okazały się być chwilowym zrywem, płynięciem na fali, a które większą przemyślaną strategią.

To, co cieszy, to sytuacja, w której coraz mniej jest miejsc, w których skazani jesteśmy tylko na jednego smutnego koncerniaka, a częściej mamy do wyboru jakieś mniej lub bardziej znane „niszowe” piwa. Koncerny stety – niestety, też bierne nie pozostały i wrzuciły do oferty piwa, które rzemieślnicze udają. Plus jest taki, że konsument, który i tak nigdy na krafta by się nie zdecydował, ma teraz do wyboru szerszą paletę smaków.

A póki co, odkryłem wciąż nie do końca zagospodarowaną niszę piw bezalkoholowych 😉 Ale o tym może innym razem…

Klęska urodzaju

b5nvq51tDawno mnie tu nie było. Nie, żebym zarzucił piwne degustacje – po prostu brakło ochoty, chwili, motywacji żeby coś tu poklepać, mniej lub bardziej sensownego.

Materiału przez ten okres przestoju zebrało się sporo, problem w tym, że ciężko odtworzyć wrażenia z degustacji po takim czasie.

Dlatego tym razem nie o konkretnym piwie, a o moich refleksjach o „piwnej rewolucji”, która już kolejny rok przetacza się przez Polskę.

Sklepów z rzemieślniczymi piwami powstało jak grzybów po deszczu, lepsze piwo można już kupić nawet w hipermarketach, a nawet w osiedlowych monopolach z rodzaju 24h, 7 dni w tygodniu.

I niby wszystko pięknie, ładnie… ALE! Średnia cena za butelkę piwa typu np. IPA to wydatek średnio 7 – 7,50 zł. To jest – umówmy się – bardzo dużo, jak na półlitrową, nie zawsze udaną, przyjemność. Rozumiałem te ceny kilka lat temu. Pierwsi rzemieślnicy raczkowali, mieli duże koszty produkcji, poza tym wszystko schodziło na pniu, bo lud stęskniony był lepszego smaku piwa. Obecnie jednak półki uginają się od piw. Rynek światowy spotyka się z niespotykanym do tej pory problemem, mianowicie niewystarczające zasoby chmielu (rewolucja piwna wybucha w co raz to nowych krajach). A ceny, zamiast spadać – stoją w miejscu, a wręcz rosną.

Mam nadzieję, że to wciąż okres przejściowy i rynek sam unormuje tę patologię. Jedną z pierwszych jaskółek być może jest fakt, że ekstraklasa polskiego craftu – Pracownia Piwa – zaczyna zalegać na półkach i trzeba przeceniać te piwa, bo kończy się ich termin ważności. Ludzie przestali się nabierać i nie mają ochoty płacić 7-8 złotych za butelkę 0,33 piwa produkowanego pod Krakowem. Z tę cenę (ew. dopłacając 1-2 złote) mam już piwa pokroju Brew Dog czy Mikkeller.

Sam ostatnio, uzupełniając piwne zapasy, częściej sięgam po czeskie lagery, których cena jest naprawdę sensowna i uczciwa (a do tego butelka jest zwrotna), rzadziej wybierając polskie crafty. Po prostu szkoda mi pieniędzy na projekty, które niekoniecznie muszą być udane. Jeśli już, to biorę kilka pewników (Pinta, AleBrowar, Artezan), plus jakiegoś jednego świeżaka – żeby jednak spróbować czegoś nowego.

Pozostaje czekać, aż ceny zaczną osiągać racjonalny poziom, sądzę, że przyzwoita IPA na poziomie 5 zł jest możliwa. A jeśli tak się nie stanie, to trzeba będzie w końcu zakasać rękawy i uwarzyć wreszcie pierwsze własne piwo – ponoć wysoko chmielone piwa nie są tak trudne 😉

Chińska klątwa

fabulous-pugCóż – ponoć jest taka chińska klątwa: obyś żył w ciekawych czasach. Czy takich czasów dożyliśmy – nie wiem, ale w jednym aspekcie życia (przynajmniej mojego) w czasie obecnym zdecydowanie jest ciekawie.

Za specjalistę od piwa się nie uważam. Coś tam o piwie wiem, staram się – w miarę wolnego czasu – tę wiedzę sukcesywnie poszerzać, ale daleko mi do piwnych ewangelistów, którzy teraz brylują w internetach.

Jednakże, do niedawna, to co się działo w temacie polskiego rynku piwa ogarniałem bez problemu. Głównie za sprawą tego, że w tym temacie aż tak wiele się nie działo. Do czasu… W pewnym momencie coś pękło, coś ruszyło… i w 2013 obudziliśmy się w Polsce opanowanej przez browary rzemieślnicze, które atakowały premierami coraz to lepszych piw z częstotliwością strzału karabinu maszynowego. Jest to na pewno bardzo subiektywne spojrzenie, bo – przypuszczam – z perspektywy smutnego pochłaniacza pseudo-piwa zmieniło się niewiele. Jest tyskacz, jest leszek – jest dobrze. Ale ten ‚świat’ już dawno opuściłem i wracać do niego nie chcę nigdy.

I – żeby nie było – jestem tą sytuacją zachwycony! W takich ciekawych czasach to się odnajduję bez problemu :) Choć może trochę mi smutno, że nie jestem w stanie nadążyć za tym wszystkim, że w momencie, gdy wydaje mi się, że już jestem na bieżąco odkrywam, że w mojej okolicy od jakiegoś czasu działa nowy browar rzemieślniczy – i płodzi zacne piwka. Ale oby tylko takie ‚przykrości’ mnie w życiu spotykały, to będzie dobrze ;].

Postaram się w najbliższym czasie skatalogować te wszystkie perełki, bo szkoda, żeby wspomnienie o nich przepadło wraz z moją ulotną pamięcią, a nie wiem jak szybko uda mi się do nich powrócić przy tym tempie pojawiania się kolejnych piwnych nowości, które koniecznie trzeba przetestować.

A o tym, jakie to szczęście uczestniczyć w tej piwnej rewolucji (jako konsument oczywiście) przekonałem się w wakacje podróżując po Czarnogórze. Wspaniałm kraju, który jednak posiada tylko jeden (JEDEN) narodowy browar (co, pomimo tego, że kraj jest mniejszy od Małoposki, uważam za skandal) i jest to niestety typowy browar koncernowy. A o jakimś lepszym piwie można raczej zapomnieć…

Biegnij lesie, biegnij!

forrest-gump-1Prawdziwy rekord. Prawie 3 miesiące bez wpisu. No cóż. To tylko potrwierdza fakt, że do pisania stworzony nie zostałem.

A w sumie, jakbym się zebrał, to byłoby o czym pisać, bo kilka dobrych piw mi przez gardło przeleciało (mimo, iż wciąż jest ono przygodą, a nie regułą).

Ale w tym wpisie nie o tym, ciekawsze rzeczy się (w mojej głowie) podziały. Biegać zacząłem – i to tak regularnie, że raz lub dwa razy na tydzień przebieram nogami. I przyznam nieskromnie, że sam siebie podziwiam, bo mnie to szczególnie nie bawi i tylko utwierdza w tym, co wiedziałem już dawno – bieganie to jeden z najnudniejszych sportów do uprawiania (swoją drogą: ‚uprawianie’ sportu – polski język jest świetny. Można uprawiać grządkę, ale i sport :D). Co zatem sprawia, że już 3 miesiące się w to ‚bawię’? Sam nie wiem… Na pewno ważne jest to, że dzięki temu człapaniu udało się szybko uporać ze zbędnymi komórkami w moim ciele (jeszcze nie wszystkimi). Ale – mimo tej ogarniającej nudy bijącej z każdego wykonanego kroku – jest coś co – można powiedzieć – kręci mnie w tym sporcie, mianowicie walka z samym sobą. Wielu już pewnie mówiło, a ja tylko powtórzę, że bieg (przynajmniej) w połowie odbywa się w głowie. I jakkolwiek płytko, prosto, whotever to brzmi to jest to prawda. Cała zabawa polega na skupieniu, wyczuciu rytmu, stabilizowaniu oddechu, walki z kaprysami ciała (ból mięśni, pot, zadyszka, kolka itd. itd.), ale przede wszystkim mówieniu sobie w głowie: ‚jedziesz malina! Twoje dupsko chce już usiąść, ale co będziemy słuchać dupska!’.

No… i to jest fajne :) A jeszcze fajniejsze było wystartowanie w zawodach (duże słowo, ledwo dyszka na Interrunie). I nie chodzi mi tu o współzawodnictwo, bo tym bardziej powinienem się dobić niż pocieszyć, chodzi o klimat. O ludzi, którzy stoją po bokach i dopingują, przybijają piątki, walą w bębny. I jak to słyszysz to dostajesz kopa jak zastrzyk z adrenaliny – jest moc.

A po godzinnym bieganiu nie ma człowiek wyrzutów żeby wciągnąć jedno smaczne piwko na dobranoc, w końcu należy się! :E

Jestę chlebę

jeste-chlebePonad miesiąc jak z biczy strzelił i ani pół posta się nie pojawiło. Czyli u mnie po staremu – choć nie do końca. Piwo pijam sporadycznie, jeśli już to towarzysko. Zdarzyło mi się przez ten czas nawet kilku fajnych piw w Strefie Piwa zasmakować (w tym ustrzelić Corsendonka, piwo, które odkryło przede mną nowy wymiar smaku złocistego trunku – ale o tym pewnie kiedyś w osobnym wątku), ale żadnego nie uwieczniłem i żadne z nich jakoś mnie nie poruszyło do tego stopnia, by siąść i spisać na świeżo emocje.

Częściej teraz zdarza mi się moczyć wargi w winie, zwłaszcza białym, głównie wytrawnym. To też jest ciekawy świat smaków i aromatów, ale mam wrażenie, że o winie mam tak małe pojęcie, że obrazą byłoby pisać przeze mnie o nim cokolwiek. Choć jakaś fotorelacja by się przydała, bo pamięci do tych wszystkich nazw, szczepów itd. nie mam.

Napisać jednak chciałem o ciele bardziej stałym, praojcu jedzenia wszelkiego, symbolu, wreszcie geniuszu prostoty i siły tradycji – czyli o chlebie. Kila tygodni temu postanowiłem: upiekę chleb. Mało chleb. Na zakwasie chleb. Jak pomyślałem tak zrobiłem i do dziś nie kupiłem chleba, tylko piekę, piekę, piekę. Jestem na samym początku drogi do wiedzy absolutnej, którą posiedli najwięksi piekarze świata i nie czaruję się, że dojdę nawet do połowy tej drogi. Jednkaże sam proces jest – dla mnie – niezwykle pasjonujący i  po ludzku mnie po prostu cieszy. Z jednej strony dlatego, że taki chleb, uczciwie zrobiony w warunkach domowych, bez oszukanych składników, jest po prostu smaczny. Z drugiej, to niesamowita radość wyciągać taki pachnący, rumiany, gorący bochenek. Z trzeciej – fascynujące jest, że z tak prostych składników można wydobyć tyle smaków. Jest to też moja prywatna podróż w dzieciństwo (OH MY GOD), które świetnie pamięta się zapachami, a moje właśnie przepełnione jest między innymi zapachem domowego chleba pieczonego przez ciocię.

Wielokrotnie myślałem sobie, jaka to szkoda, że już się w domu nie piecze chleba, nie ma pieców, nie ma czasu itd. itd. Wystarczy jednak odrobina chęci, by te stare dobre smaki sobie przywołać – na dłużej.

Co tu dużo mówić, jeśli kiedyś będzie dane mi zamieszkać na własnym skrawku ziemi, chata, którą tam zbudujemy nie musi być cudem architektonicznym świata, ale bardzo chciałbym tam mieć piwniczkę ze stołem, piecem opalanym węglem drzewnym i zapasem dobrych trunków. Pomarzyć można… :)

Żywot człowieka głodującego

so-you-re-telling-meW notkach nastała cisza. Tym razem nie jest ona spowodowana nieposkromioną prokrastynacją.

Od kilku miesięcy przyglądałem się bacznie swojej fizjonomi, która – co tu dużo mówić – wystrzeliła na różne strony tkanką niekoniecznie pożądaną. W kwestii mojej diety w latach ostatnich specjalnie nic się nie zmieniło. Nie odżywiałem się źle, ani przesadnie dobrze. Można powiedzieć, że jak na dorosłego mężczyznę jem raczej mniej niż więcej. A mimo to mnie przybywało.

W kwestii aktywności fizyczniej też raczej od wielu lat bez zmian. Praca, którą obecnie wykonuję, jest z rodzaju tych siedzących, ale regularnie kopię napompowany kawałek (kiedyś) świńskiej skóry i nie obrażam się na inne okazje do poruszania.

A mimo to spuchłem.

Wniosek urodził się w mej głowie następujący: młodzieńczy metabolizm odszedł w niepamięć, także trzeba przemyśleć na nowo swoją dietę.

Zacząłem radykalnie, bo i cel ambitny – pozbyć się opuchlizny. Także wszelkie puste kalorie wyleciały z hukiem ze stałego menu. Piwu niestety też się oberwało.

Stąd ta cisza. Złocistego trunku nie wyeliminowałem całkowicie, ale drastycznie ograniczyłem jego spożycie. Także w najbliższych tygodniach (miesiącach), będzie tu raczej hulał wiatr (co właściwie jest bez znaczenia, bo i tak jedynym odbiorcą jestem ja).

Jednakże w lodówce chłodzą się już nowe ciekawe etykiety – tym razem solidna dostawa z Anglii (thanks K.). Liczę zatem, że – być może z mniejszą częstotliwością – ale mimo wciąż, jakieś noty tu powpadają.

A od trzech tygodni jestem permanentnie głodny. Żołądku – kurcz się, ju sanofdebicz!

Jestę blogerę

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Jak nastolatka w swoim różowym pokoiku piszę swój – w tym przypadku piwny – pamiętniczek, co by stare zwoje odpocząć mogły i w razie potrzeby z pomocą do kart wirtualnych zaglądały. Bloger ze mnie jak z koziej dupy trąba, dlatego spróbuję przynajmniej raz na tydzień (o ile będzie o czym pisać) coś tu wrzucać. Plan ambitny, zważywszy, że od podjęcia decyzji do pierwszego wpisu lekką reką 2 miechy – jak w pysk – strzeliły. Popijemy – zobaczymy…