Piwo grzechu warte

2013-06-18 23.25.20Muszę przyznać, że Dania coraz bardziej pozytywnie zaskakuje mnie jeśli chodzi o dobre piwo. Jeszcze parę miesięcy temu w ogóle nie kojarzyłem tego kraju z tematem złocistego trunku, a teraz – jeden browar w moim ścisłym top, drugi właśnie odkryłem – i znów pozytywne zaskoczenie.

A wyzwanie było nie lada, bo przyszło mi zgrzeszyć. I to zgrzeszyć z grubej rury, bo grzech z tych siedmiu głównych. Konkretnie obżarstwo. Trochę obżarstwo kłóci się tu z czynnością trochę inną, czyli piciem, ale – to piwo jest tak treściwe, że spokojnie można je podpiąć pod dobry posiłek!

Gluttony – bo tak nazywa się piwo, o którym piszę to Double IPA, czy – jak pisze o nim sam producent – Imperial IPA. Zawartość alkoholu jak w lekkim winie: 9,4%. Poziom goryczki na pewno blisko górnej granicy wyczuwalności. Czyli – jak dla mnie – pychota! 😀

Producentem jest – jak wspomniałem – duński browar o nazwie Amager Bryghus. Samo piwo jest częścią serii ‚The Sinner Series’, wg strony producenta wyszły dopiero 4 piwa z tej serii, ale chyba rzadko aktualizują swój site (ew. ja nie potrafiłem się tam odnaleźć, bo jest po duńsku :E), bo wg portalu Rate Beer, wszystkie grzechy główne zostały już popełnione. Chętnie bym pogrzeszył w przyszłości jeszcze, pytanie czy będzie mi to dane. Piwo drogą przypadku (‚ i jeszcze dwie IPY’) nabyłem u Marii i wdzięczny jej jestem za ten ślepy strzał.

Polecam fanom dobrego chmielowego uderzenia, a sam będę już świadomie szukał piw z marką Amager Bryghus na etykiecie.

Ministerstwo Chmielu

2013-05-09 23.06.50Pogoda w Polsce tej wiosny specjalnie nas nie rozpieszcza. Właściwie to dramatu nie ma, ale – jak to zwykle – leje wtedy kiedy nie powinno, a jak człowiek siedzi za biurkiem to ładuje pełnym słońcem. A teraz to nawet w tygodniu słońcem nie częstuje, ale – zwróćmy pogodzie prawdę – o tej porze roku bardzo często tak lało, leje i lać będzie (w naszej szerokości i długości geograficznej przynajmniej).

Podobnie było z tegoroczną majówką (ekstremalnie długą), zamiast majowego ciepełka, było zimno i mokro – standard. W związku z takim obrotem spraw zrezygnowaliśmy z jakichś większych wojaży i podjęliśmy dość – na pierwszy rzut oka – absurdalną decyzję: jedziemy do Poznania!

Pomysł okazał się nie taki głupi, bo: Poznania nigdy nie widzieliśmy, nie zanosiło się, żebyśmy w najbliższym czasie tam zawitali, w wakacje szkoda czasu na takie eventy. Poznań okazał się całkiem symatycznym miastem, które jednak idzie złazić w dwa dni, więc decyzja o spontan tripie tym bardziej okazała się strzałem w dychę.

Co więcej, trochę niespodziewanie dla mnie, wyprawa okazała się bogata w nowe piwne odkrycia. Po pierwsze: Poznań bardzo mocno browarami rzemieślniczymi stoi! I chwała mu za to. Co więcej, mają swoje Ministerstwo Browaru :) Miejsce, na mapie piwnej Poznania, kultowe. Początkowo sklep z piwem (coś jak nasza krakowska Maria), następnie pub i własna marka piwa: Minister.

Aż marka i tylko marka, bo jak się trochę później dowiedziałem, chodzi tylko o etykietę, nie stoi za tym własna rzemieślnicza praca. Piwo warzone jest w browarze Gościszewo, które wydaje światu takie piwa jak Naturalne czy Pils, a także służy AleBrowarowi za miejsce swoich piwnych eksperymentów.

Spróbowałem Ministra Ale (na zdjęciu), Pils (który chyba jest dokładnie tym samym co Pils lany w Gościszewie) i Pszeniczne. Wszystkie mi zasmakowały, nie wiem ile w tym było ekscytacji odkryciem, a ile faktycznego zachwytu smakiem, ale złego słowa powiedzieć nie mogę. Na pewno łba nie urywało, ale takimi piwami nigdy nie wzgardzę, a chwytliwa nazwa, fajna etykieta i historia związana z piwem tylko dodaje uroku.

Ministra polecam wszystkim, tak samo jak podróż piwnym poznańskim szlakiem, bo na Ministrze historia poznańskich odkryć się nie kończy. O czym być może wkrótce…

Fire in the hole!

2013-05-22 22.33.08Cuda się w Polsce dzieją. Nie dość, że coraz więcej ludzi, którzy piwo kochają, bierze się za jego tworzenie (i świetnie im to wychodzi!), to na dodatek nie konkurują ślepo ze sobą tylko przy okazji choćby urodzin wchodzą w kolaborację i tworzą kolejne cudeńka.

I tak właśnie pierwszoroczniaki Pinta i AleBrowar zainspirowane Piwoteką  postanowiły razem coś uwarzyć. Jedni sypnęli chmielem, drudzy wymieszali i w ten oto sposób zostałem zbombardowany piwem B-Day z rodzaju Weizen IPA.

Ale że jak?! Weizen… IPA… No way! Dwa gatunki, które ubóstwiam w jednej… butlece?! Wow. Naprawdę wow! Bo to smaczne jest. Choć powiem tak: jedna butelka to za mało. I drugi kufel w pubie również. Za mało i basta! Potrzebuję tego więcej żeby się wsmakować, żeby to wyeksplorować do najmniejszej jednostki! Bo, na chwilę obecną wiem tylko tyle, że mi bardzo smakuje taka mieszanka.

Chciałbym napisać, że to piwo trafia do mojego stałego repertuaru, ale wiem, że tak się stać nie może. Jako piwo okolicznościowe, pewnie zniknie szybko i nieprędko wróci. Pozostaje mi zgłębiać temat mariażu IPY i weizena – być może są inne równie dobre przypadki tej mieszanki smakowej.

A poza tym to w temacie browarów rzemieślniczych ostatnio tyle się dzieje, że tylko zacierać ręce (i płukać gardła). Jak mi mój słomiany zapał znów nie zgaśnie zaraz potym jak zapłonął, to postaram się coś skrobnąć na ten temat.

A na koniec wklejam jeszcze rewers etykiety, bo też zacny! :)

2013-05-22 22.39.29

Biegnij lesie, biegnij!

forrest-gump-1Prawdziwy rekord. Prawie 3 miesiące bez wpisu. No cóż. To tylko potrwierdza fakt, że do pisania stworzony nie zostałem.

A w sumie, jakbym się zebrał, to byłoby o czym pisać, bo kilka dobrych piw mi przez gardło przeleciało (mimo, iż wciąż jest ono przygodą, a nie regułą).

Ale w tym wpisie nie o tym, ciekawsze rzeczy się (w mojej głowie) podziały. Biegać zacząłem – i to tak regularnie, że raz lub dwa razy na tydzień przebieram nogami. I przyznam nieskromnie, że sam siebie podziwiam, bo mnie to szczególnie nie bawi i tylko utwierdza w tym, co wiedziałem już dawno – bieganie to jeden z najnudniejszych sportów do uprawiania (swoją drogą: ‚uprawianie’ sportu – polski język jest świetny. Można uprawiać grządkę, ale i sport :D). Co zatem sprawia, że już 3 miesiące się w to ‚bawię’? Sam nie wiem… Na pewno ważne jest to, że dzięki temu człapaniu udało się szybko uporać ze zbędnymi komórkami w moim ciele (jeszcze nie wszystkimi). Ale – mimo tej ogarniającej nudy bijącej z każdego wykonanego kroku – jest coś co – można powiedzieć – kręci mnie w tym sporcie, mianowicie walka z samym sobą. Wielu już pewnie mówiło, a ja tylko powtórzę, że bieg (przynajmniej) w połowie odbywa się w głowie. I jakkolwiek płytko, prosto, whotever to brzmi to jest to prawda. Cała zabawa polega na skupieniu, wyczuciu rytmu, stabilizowaniu oddechu, walki z kaprysami ciała (ból mięśni, pot, zadyszka, kolka itd. itd.), ale przede wszystkim mówieniu sobie w głowie: ‚jedziesz malina! Twoje dupsko chce już usiąść, ale co będziemy słuchać dupska!’.

No… i to jest fajne :) A jeszcze fajniejsze było wystartowanie w zawodach (duże słowo, ledwo dyszka na Interrunie). I nie chodzi mi tu o współzawodnictwo, bo tym bardziej powinienem się dobić niż pocieszyć, chodzi o klimat. O ludzi, którzy stoją po bokach i dopingują, przybijają piątki, walą w bębny. I jak to słyszysz to dostajesz kopa jak zastrzyk z adrenaliny – jest moc.

A po godzinnym bieganiu nie ma człowiek wyrzutów żeby wciągnąć jedno smaczne piwko na dobranoc, w końcu należy się! :E