Jestę chlebę

jeste-chlebePonad miesiąc jak z biczy strzelił i ani pół posta się nie pojawiło. Czyli u mnie po staremu – choć nie do końca. Piwo pijam sporadycznie, jeśli już to towarzysko. Zdarzyło mi się przez ten czas nawet kilku fajnych piw w Strefie Piwa zasmakować (w tym ustrzelić Corsendonka, piwo, które odkryło przede mną nowy wymiar smaku złocistego trunku – ale o tym pewnie kiedyś w osobnym wątku), ale żadnego nie uwieczniłem i żadne z nich jakoś mnie nie poruszyło do tego stopnia, by siąść i spisać na świeżo emocje.

Częściej teraz zdarza mi się moczyć wargi w winie, zwłaszcza białym, głównie wytrawnym. To też jest ciekawy świat smaków i aromatów, ale mam wrażenie, że o winie mam tak małe pojęcie, że obrazą byłoby pisać przeze mnie o nim cokolwiek. Choć jakaś fotorelacja by się przydała, bo pamięci do tych wszystkich nazw, szczepów itd. nie mam.

Napisać jednak chciałem o ciele bardziej stałym, praojcu jedzenia wszelkiego, symbolu, wreszcie geniuszu prostoty i siły tradycji – czyli o chlebie. Kila tygodni temu postanowiłem: upiekę chleb. Mało chleb. Na zakwasie chleb. Jak pomyślałem tak zrobiłem i do dziś nie kupiłem chleba, tylko piekę, piekę, piekę. Jestem na samym początku drogi do wiedzy absolutnej, którą posiedli najwięksi piekarze świata i nie czaruję się, że dojdę nawet do połowy tej drogi. Jednkaże sam proces jest – dla mnie – niezwykle pasjonujący i  po ludzku mnie po prostu cieszy. Z jednej strony dlatego, że taki chleb, uczciwie zrobiony w warunkach domowych, bez oszukanych składników, jest po prostu smaczny. Z drugiej, to niesamowita radość wyciągać taki pachnący, rumiany, gorący bochenek. Z trzeciej – fascynujące jest, że z tak prostych składników można wydobyć tyle smaków. Jest to też moja prywatna podróż w dzieciństwo (OH MY GOD), które świetnie pamięta się zapachami, a moje właśnie przepełnione jest między innymi zapachem domowego chleba pieczonego przez ciocię.

Wielokrotnie myślałem sobie, jaka to szkoda, że już się w domu nie piecze chleba, nie ma pieców, nie ma czasu itd. itd. Wystarczy jednak odrobina chęci, by te stare dobre smaki sobie przywołać – na dłużej.

Co tu dużo mówić, jeśli kiedyś będzie dane mi zamieszkać na własnym skrawku ziemi, chata, którą tam zbudujemy nie musi być cudem architektonicznym świata, ale bardzo chciałbym tam mieć piwniczkę ze stołem, piecem opalanym węglem drzewnym i zapasem dobrych trunków. Pomarzyć można… :)