Żywot człowieka głodującego

so-you-re-telling-meW notkach nastała cisza. Tym razem nie jest ona spowodowana nieposkromioną prokrastynacją.

Od kilku miesięcy przyglądałem się bacznie swojej fizjonomi, która – co tu dużo mówić – wystrzeliła na różne strony tkanką niekoniecznie pożądaną. W kwestii mojej diety w latach ostatnich specjalnie nic się nie zmieniło. Nie odżywiałem się źle, ani przesadnie dobrze. Można powiedzieć, że jak na dorosłego mężczyznę jem raczej mniej niż więcej. A mimo to mnie przybywało.

W kwestii aktywności fizyczniej też raczej od wielu lat bez zmian. Praca, którą obecnie wykonuję, jest z rodzaju tych siedzących, ale regularnie kopię napompowany kawałek (kiedyś) świńskiej skóry i nie obrażam się na inne okazje do poruszania.

A mimo to spuchłem.

Wniosek urodził się w mej głowie następujący: młodzieńczy metabolizm odszedł w niepamięć, także trzeba przemyśleć na nowo swoją dietę.

Zacząłem radykalnie, bo i cel ambitny – pozbyć się opuchlizny. Także wszelkie puste kalorie wyleciały z hukiem ze stałego menu. Piwu niestety też się oberwało.

Stąd ta cisza. Złocistego trunku nie wyeliminowałem całkowicie, ale drastycznie ograniczyłem jego spożycie. Także w najbliższych tygodniach (miesiącach), będzie tu raczej hulał wiatr (co właściwie jest bez znaczenia, bo i tak jedynym odbiorcą jestem ja).

Jednakże w lodówce chłodzą się już nowe ciekawe etykiety – tym razem solidna dostawa z Anglii (thanks K.). Liczę zatem, że – być może z mniejszą częstotliwością – ale mimo wciąż, jakieś noty tu powpadają.

A od trzech tygodni jestem permanentnie głodny. Żołądku – kurcz się, ju sanofdebicz!