Manufaktura mnie Pilsem poczęstowała

No cóż… nie zawsze musi być rewelacyjnie. Ale tragedii też nie ma, żeby nie było. Ot, kolejne piwo, kóre wypadało spróbować – nowinka – rzekła pani Maria, tym bardziej nie pasowało odmówić. Nawet sama ich strona potwierdza, że piwko nówka-nie-śmigane, bo na dzień dzisiejszy nie można go znaleźć w ich ofercie. Za co minus. Jak się ma stronę to się o nią dba (takie zboczenie zawodowe).

Strona mnie też oświeciła, że od tego producenta już piwa próbowałem. I w sumie doznania były podobne. Piwa te nie zagościły na stałe w moim repertuarze (np. Piwo Trzy Zboża czy Belfast).

Piwo uczciwe w smaku i recepturze, ale takie po prostu takie ‚o’, że nawet nie wiem co napisać (ponoć smak dla wielbicieli dawnego piwa – ale co to jest dawne piwo?). Niby gorzkie, bo mocno chmielone, ale trochę kwaskowate. Bardziej mnie smakowo irytuje niż zadowala (nie wierzę, że coś takiego napisałem). Co do samej etykiety to urzekł mnie opis: „(…) świetnie pasuje do potraw z grilla, jak również pieczonych mięs.” Także tego. Piwo i grill – no w życiu bym tego nie połączył. A samego opisu nie powstydziłoby się niejedno wino 😀

 

 

 

 

IPA pana Pelikana

Jako, że wciąż tkwię w zachwycie nad smakiem piwa spod znaku trzech liter I, P oraz A, to, kiedy mam tylko okazję staram się zakupić piwa spod tej bandery, których jeszcze nie smakowałem. I tak, do mojej standardowej formułki u Marii ‚i jeszcze dwie niemieckie pszenice’ dodałem kolejną: ‚i jeszcze jakieś dwie ipy…’. Takim sposobem wpadł w me ręce niebieski Nomad Pelikan, twór czeskich rąk, konkretnie rąk pracujących w Břevnovský klášterní pivovar sv. Vojtěcha. I to właściwie wszystko, co udało mi się znaleźć w sieci, autorzy piwa jakoś niespecjalnie chcą się chwalić swoim dziełem on-line. Inna sprawa, że jakoś intensywnie sieci pod kątem tej etykiety nie eksplorowałem, ale z reguły wpisanie nazwy piwka od razu daje jakieś w miarę konkretne wyniki.

Co do samego piwka, spoko IPA, jak dla mnie zbyt poszła w gorzkość, gubiąc swoje inne walory. Ale, póki co, jest to reguła wśród czesko-słowackich piw tego typu (kilka już piłem, ale oczywiście jeszcze wrażeń nie opisałem). Być może intencją twórców było pójście w goryczkę, bo nawet chwalą się na etykiecie indeksem gorzkości wyliczonym na 100 IBU.

Podsumowując, cieszę się, że spróbowałem, ale do mojego must-drink-from-time-to-time to piwo nie wskakuje. Jednakże jak ktoś mnie będzie częstował to nie odmówię 😀

I na koniec perełka: Comic Sans na etykiecie made my day (a raczej już night) :E

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwartalny rachunek sumienia – czyli jak z tą kozą było

Jak widać, na załączonej rycinie, z koziej dupy jednak (swego rodzaju) trąbkę idzie zrobić, co niestety nie potwierdza, że ze mnie bloger jest.

Tylko we wrześniu udało mi się utrzymać założony cel 1 post na tydzień (upraszczając, że miesiąc tygodnie ma 4). W październiku jeszcze się jakoś broniłem, listopad to już totalna klęska. Pozostaje jeszcze powalczyć w grudniu.

Zdecydowanie więcej spożywanych piw fotografuję (mocne słowo, strzelam focie komórką jest bardziej adekwatne…), tylko problem jest taki, że po tygodniu nie pamiętam, jakie emocje wypite piwo we mnie wzbudziło. Idealnie byłoby po każdej degustacji od razu siadać do klepania literek (i tak było w większości opisanych do tej pory przypadków), ale nie zawsze jest czas, energia, ochota.

No cóż, póki co się nie poddaję. w końcu dziś już popełniam 3 post!

 

 

 

 

 

 

 

Fuller’s – IPA z Sèvres

Jeśli w Sèvres miałby się znaleźć wzór IPY, to zdecydowanie powinna tam stanąć butelczyna od Fuller’s-a. Nie uważam się za specjalistę od tego rodzaju piwa, sądzę, że na razie jestem na etapie nauki połączonej z ogromną fascynacją. Jednakże, gdy pierwszy raz sięgnąłem po IPĘ (paradoksalnie sięgałem z dużym oporem, bo 10 zeta za butelkę piwa w Almie potrafi zniechęcić) spod bandery Fullersa poczułem się właśnie tak, jakbym pił wzór IPY. „Oto jest IPA”. Nie oznacza to jednak, że jest to najlepsza IPA jaką piłem ever. Nie, wciąż Jack jest u mnie numero uno. Ta IPA po prostu była taka, jaka ma być (tak jakbym wiedział jaka ma być…). Bardzo dobra, solidnie gorzka, konkretna, ale … trochę nudna i przewidywalna. Oczywiście nie miałbym nic przeciwko żebyśmy się z Fullersem mogli regularnie nudzić, póki co cena zdecydowanie odstrasza i daję się złamać tylko wtedy, gdy potrzebuję bardzo IPY, a zapasy dawno się skończyły.

Obo(a)lon

Obolonik to zdecydowanie jedno z moich ulubionych pszeniczniaków. Pierwszy raz, jak zakupiłem to piwo, nie miałem nawet pojęcia jak je wymówić, bo polskiej etykiety wtedy nie posiadało, a ja cyrylicy w ogóle nie dekoduję. Ponownie, gdy chciałem zakupić – znane mi już wtedy – piwo, to prosiłem o „takie pszeniczne, w zielonej butelce, pisane cyrilicą, zaczyna się na O”. „Obolon raz, coś jeszcze?” odpowiedział z pogardą sprzedawca u Marii, człowiek, którego jeszcze nigdy nie widziałem szczerze uśmiechniętego (pomijam ironiczne uśmieszki), ale ma mój szacun za wiedzę z zakresu alkoholi wszelakich (z resztą, jesli wierzyć ich reklamie, to siedzi w tym biznesie odkąd komuna sobie poszła i można było takie biznesy kręcić legalnie. A znając życie siedzi w nim jeszcze dłużej). Tamto wydarzenie wyryło mi głęboką bruzdą w mózgu nazwę tego piwa, i dobrze, bo sięgam po niego regularnie.

A co do samego piwa, jest to bardzo dobre, nieoszukane pszeniczne, może nie wyróżnia się na tle niemieckich wymiataczy, ale bardzo przypadł mi do gustu jego zbalansowany smak, trochę kwaskowatości, trochę słodyczy. Jest w sam raz. I w sumie jego poprawna wymowa to Obołoń – jak miasto na Ukrainie, ale nawet na oficjalnej stronie polskiego importera piszą raz tak – raz tak.