Nagły atak chmielacza

Raz na jakiś czas mam okazję wybrać się na popijanie piwka w doborowym towarzystwie moich dobrych znajomych. Głownie chodzi o to, żeby pogadać o tym i o tamtym, a przy okazji powlewać w siebie jakieś fajne – najlepiej nieznane do tej pory – złociste trunki. Mamy tę wygodę w Krakowie, że knajp z dużym lub wręcz ogromnym wyborem dobrych, niszowych piw – zarówno polskich jak i zagranicznych – jest całkiem sporo i wciąż ich przybywa. Może kiedyś pokuszę się o ich opisanie.

Na jednej z takich posiadówek, bedąc już – co ważne dla całej opowieści – po trzech piwach zdecydowaliśmy się sięgnąć po zaanonsowanego grafiką Mikkellera 1000 IBU. Nie był to kompletnie ślepy strzał, bo dzień przed wypadem na miasto facebookowy profil pubu, do którego zawitaliśmy, wrzucił opis tego piwa i – przyznam – bardzo mnie zaintrygował. Okazuje się bowiem, że jest to jedno z najbardziej gorzkich piw na świecie. 1000 IBU odnosi się do skali gorzkości (International Bittering Unit – Międzynarodowa Jednostka Gorzkości :E). Co lepsze, wg internetu (a ja internetowi bardzo ufam :D) granica, po przekroczeniu której człowiekowi wydaje się być wszystko tak samo gorzkie (bardzo gorzkie) to 120! Wartość ta (1000) została wyznaczona eksperymentalnie. Dla porównania, klasyczna IPA ma 40 lub więcej w skali IBU. Istotną informacją jest jeszcze fakt, że piwo to ma 9,8% zawartości alkoholu – takie lekkie wino :E

Zamówiliśmy (byliśmy we dwóch) oczywiście po dużym (0,5 litra) piwie, no bo jak to małe, a i po trzech piwach odwaga była na należytym poziomie. Pierwsze łyki – bardzo pozytywne, faktycznie mocny, gorzki smak, ale, że obaj takie piwa lubimy, to wszystko było jak należy. Wesoło zrobiło się za to gdzieś w połowie kufla. Autentycznie czułem jak to piwo zaczyna mnie rozmontowywać. Zawartość alkoholu i wczesniejsze piwa robiły swoje, na skroni pojawiła się rosa, język zaczął się łamać. Chęć całkowitego opróżnienia kufla walczyła z resztkami zanikającego rozsądku.

Piwo wypiliśmy, mało tego, wzieliśmy jeszcze jakiegoś czeskiego lajtowego lagera (z wiadomych przyczyn nie pamiętam jakiego ;]), żeby uspokoić kubki smakowe. Normalnie pewnie bym się nim zachwycił, po wcześniejszym ekstremalnym doznaniu smakowym jednak stwierdziliśmy, że smakuje jak woda, która conajwyżej stała obok chmielu. Na koniec, całkiem dobrze rozmontowani, postanowiliśmy zakończyć posiadówę.

Epilog hostorii jest zaskakująco pozytywny. Po takiej mieszance piwnych gatunków sądziłem, że poranna pobudka lekka nie będzie, było zupełnie inaczej. Oczywiście „zmęczenie dnia następnego” lub tzw. „delikatnienie” występowało, ale bez żadnych obciążeń natury fizicznej.

Podsumowując, ja temu piwu nie mówię NIE, chętnie go kiedyś jeszcze spróbuję, tym razem jako pierwsze w kolejce ;]. Zaliczam go raczej do pojechanych eksperymentów piwnych niż propozycji na wieczorny chill.