A to Lwówek właśnie!

 Lwówek Książęcy jest jak stary dobry kumpel. Czasem zapomnisz jak to jest, siedzieć z nim, gadać o dupie marynie. Nie widzicie się pół roku i nagle – BĘC – przecież tyle się nie widzieliśmy! Trzeba koniecznie się spotkać! Nie musisz całemu światu ogłaszać jaki Twój kumpel jest zajebisty – Ty to wiesz i to jest najważniejsze. Rozumiecie się bez słów, jedno spojrzenie – wszystko jasne. Czasem dajesz się oczarować nietuzinkowym osobowościom, ale po chwili okazje się, że to tylko zauroczenie. Czasem znajdujesz nić porozumienia, o której tylko mogłeś pomarzyć, ale – no właśnie: ALE, w pewnym momencie nić się urywa… A Lwówek jest zawsze na swoim miejscu, nie narzuca się, czeka, wie, że zawsze przyjdzie czas by znów się spotkać, pogadać o starych i nowych sprawach… bo to Lwówek własnie!

Pszenica nocą

 Uwielbiam swoje spontaniczne zakupy piwa. Jako, że ostatnio rzadziej zaglądam do sklepów piwu dedykowanym, więc zapasy uzupełniam przy okazji cotygodniowych zakupów. W zwyczaju mam wybierać przynajmniej jedno piwo, którego jeszcze nie próbowałem i tak padło na ten oto egzemplarz. Algorytm wyboru był (wydawało mi się) poprawny: na etykiecie piszą coś o pszenicy => good, piszą coś po niemiecku => very good, więc hop piwko do koszyka i jedziemy dalej. Umknął mi tylko jeden detal, który uderzył we mnie, gdy w końcu otwarłem piwo – otóż jest to ciemne piwo (dunkel – tego już mój algorytm nie wychwycił). A ja za ciemnymi piwami jakoś nie przepadam. Pszeniczniaka ciemnego w życiu nie piłem, a do pewnego czasu nawet nie przypuszczałem, że takie istnieją. Ale co było zrobić, przynajmniej spróbuję, a nuż. I tutaj – niespodzianka. Okazuje się, że pszenica bardzo służy ciężkiemu, często karmelowo-kawowemu, smakowi ciemnego piwa. Kwaskowość pszenicy była złagodzona ciężarem ciemnego piwa, z drugiej strony charakter pszenicy zneutralizował to, za czym w dunkelach nie przepadam. Suma sumarum, piwo bardzo na plus, odkryłem smak do tej pory mi nie znany. Nie jest to co prawda odkrycie kalibru IPA i nie sprawi, że będę to piwo wybierał przed wszystkimi, ale nie wzgardzę nim na pewno i dobe jego imię będę w świecie głosił. A co do samego browaru – ciekawostka – jest to jeden z najstarszych na świecie, oficjalnie założony w 1040 roku (choć braciszkowie już z tym piwem majstrowali w VIII wieku).

Gra o Hron

 Na to piwo trafiłem zupełnie przypadkowo i – gdyby nie ten przypadk – prawdopodobnie jeszcze długo nie miałbym pojęcia o jego istnieniu. Otóż pewnego dnia, nie różniącego się od innych dni specjalnie niczym, wbiłem do osiedlowego spożywczaka celem kupienia podstawowych produktów spożywczych. Z reguły nie zawracam sobie zbytnio głowy tamtejszą piwną wystawką, bo trzyma ona ogólny osiedlowy poziom (choć można tam też trafić jakieś piwa ‚lepsze’, ale ogólnie bez szału). Jednakże, zmierzając ku, bodajże, serom, zobaczyłem piramidę skrzynek z piwami i klasyczną spożywczakową marketingową ulotką reklamową (made by ms word + kolorowy papier) krzyczącą: „czeskie piwo 1,79 zł”. Hmm… pomyślałem… raz się żyje – pomyślałem ponownie (YOLO – pomyślał wbudowany w moją głowę real-world-to-meme-converter). Dodam tylko, że był to weizen… Weizen – 1,79 – weizen – 1,79 – W H A T  T H E  FUCK? Ale ok, spieszyło mi się chyba, bo nawet nie zbadałem etykiety, tylko zgarnąłem piwo do koszyka i kontynułowałem zakupy. Kilka wieczorów później nadszedł czas, by stawić czoła wyzwaniu, piwo wziąłem na piewszy ogień, na wszelki wypadek, jakby miało się okazać, że przeleje je do zlewu i radośnie napocznę coś sprawdzonego. Pierwszy łyk – i – niespodzianka. Nie był to co prawda najlepszy pszeniczniak w moim życiu, nie był nawet tym drugim lub trzecim najlepszym z kolei, ale – może to poniekąd efekt negatywnego nastawienia – piwo było smaczne. Na pewno lepsze niż niektóre polskie podrygi w temacie weizena. Szybki look na etykietę…. i kolejny szok: browar Primator. Nooooo, Primatora to ja bardzo szanuję, zwłaszcza waizena, tylko skąd ta cena? Spadły z tira? Nie wiem, nie chcę wiedzieć, ale takich promocji oby więcej. Udało mi się zakupić jeszcze jedną butelkę ‚na promocji’, po czym ślad po piwie w lokalnym sklepie zaginął. Pozostaje wyryć sobie tylko tę nazwę w głowie i przy najbliższym spotkaniu z tą etykietą specjalnie się nie zatanawiać (chyba, że obok będzie stała cała bateria niemieckich weizenów – wtedy, sorry, ale na niemieckiego weizena nie ma bata :D).